W Stronę Ojca i no co ty Tato

Polecamy

Zamów nasz biuletyn




Koła ratunkowe dla małżeństwa
04.02.2007.
ImageIle warte są "domowe" sposoby ratowania związku: nowe dziecko, próbna sepracja, wspólny wyjazd?

{mos_sb_discuss:14}


Ala, kiedy się u mnie pojawiła, była przerażona. Czuła, że jej małżeństwo się rozpada, bo Paweł przestał z nią rozmawiać i - co gorsza - prawie przestał jej dotykać: "Zachowuje się jak obcy człowiek. Jestem pewna, że jeżeli czegoś nie zrobię, żeby nas uratować, odejdzie".

Miała kilka pomysłów, co powinni zrobić, więc nawet zaczęłam się głośno zastanawiać, po co jestem jej potrzebna. "Ktoś doświadczony musi mi powiedzieć, czy to ma sens" - to mi się spodobało, bo od dawna mam wrażenie, że znaczna część domowych sposobów na naprawianie małżeństwa nie ma sensu. A mimo to osoby tonące (zwykle kobiety, one częściej w ten sposób reagują na sygnały o pogorszeniu związku) chwytają się ich jak brzytwy. Bo nie znają innych, a wszyscy chętni do roli zbawców (czy raczej wszystkie chętne) podsuwają tradycyjne mądrości: że kolejne dziecko scementuje małżeństwo, że ożywi je przeprowadzka, że rozstanie na jakiś czas pozwoli mężowi i żonie za sobą zatęsknić.

Był czas, gdy spora część znanych mi par leczyła się wyjazdem jednego z nich na kontrakt czy innego rodzaju zarobek za granicę.

Przyglądam się takim pomysłom i myślę, że nawet bez głębszych analiz widać, co je łączy: ucieczka od kłopotów, odwrócenie od nich uwagi. A to, jak wiadomo, nie pomaga. Nie jestem pewna, czy przez wiele lat pracy z małżeństwami spotkałam choćby jedno, któremu urodzenie dziecka pomogło przezwyciężyć trudności, natomiast znam wiele takich, w których trudności się wtedy nasiliły.

Z grubsza z dwóch - moim zdaniem bezdyskusyjnych - powodów: po pierwsze, z przyjściem na świat dziecka gwałtownie przybywa napięć i obciążeń psychicznych oraz materialno-organizacyjnych (najprościej mówiąc: niemowlę kosztuje i wymaga pracy), a także problemów seksualnych; po drugie, dziecko przypomina urazy, kompleksy, lęki i rozpacze z własnego dzieciństwa, a jeśli nie jest pierwsze - też te z początków poprzedniego macierzyństwa i ojcostwa.

Zapytałam Alę, jak czuła się w poprzedniej ciąży i po porodzie. Okazało się, że firma Pawła właśnie się rozbudowywała i widywali się mało, dlatego czuła się pozostawio-

na sama sobie i zaniedbana. Po paru miesiącach wszystko wróciło do normy, ale mam poważne obawy, że to poczucie opuszczenia w ciąży mogłoby powrócić. Ala przypomniała sobie jeszcze, jak bardzo była zmęczona i drażliwa przez kilka miesięcy po porodzie. "No tak, to chyba nie jest żadne koło ratunkowe" - zadecydowała.

Z pomysłem na przeprowadzkę, który zresztą Ala powtarzała raczej jako podpowiedź innych niż własną receptę na kryzys, rozprawiłyśmy się szybko w podobny sposób: usłyszałam krótką, dowcipną opowiastkę o tym, jak młodzi państwo o mało co się nie rozwiedli podczas niewielkiego remontu. Było tam coś o atakach kichania w sytuacjach intymnych i rozlanych na dywan wiaderkach farby olejnej.

"Może jednak powinniśmy od siebie odpocząć?" - najwyraźniej zanosiło się na gruntowne sprawdzenie wszystkich domowych rozwiązań. Zaczęłam pytać o szczegóły, bo tam - jak wiadomo - tkwi diabeł. Spytałam, gdzie kto będzie mieszkał; jak będą wyglądały kontakty z ich synkiem, jeśli to Paweł się wyprowadzi; czy "odpocząć"

oznacza też nie telefonować itp.

Ali, postawionej wobec konkretów, zaczęły przychodzić do głowy czarne scenariusze: mąż u mamy, która za nią nie przepada, będzie urabiany raczej w stronę odejścia niż pogodzenia się; mąż u nieżonate-

go kolegi może zagustować w alkoholu bardziej, niż ona by chciała. I oczywiście najtrudniejsza kwestia: jak wytłumaczyć tę zmianę pięciolatkowi?

Postanowiłam dorzucić wątpliwości: "Co zrobisz, jeśli Paweł nie zadzwoni przez trzy dni?". Ala przyznała, że będzie nieszczęśliwa i że będzie musiała z nim porozmawiać. Nie mogłam zachować powagi: "To nie lepiej od razu?".

Naturalnie, ale tego najbardziej oczywistego kroku Ala się bała: "Gdybym tylko wiedziała, jak to zrobić". Zaproponowałam jej kilka wskazówek. I tak:

- Warto przed rozmową spisać najważniejsze myśli, bo w napięciu trudno je pozbierać, a pustka w głowie dodatkowo to napięcie nasila. Bywa też, że obawy, złość czy nawet gwałtowny przypływ ciepłych uczuć powodują dezorientację i zagubienie, które kartka pozwala opanować.

- Trzeba się wystrzegać przekształcenia rozmowy w jeszcze jedną okazję do wygłaszania litanii pretensji. Są rzeczy, z których jesteś niezadowolona, i chcesz o nich powiedzieć, ale w postaci informacji i w celu znalezienia lepszego rozwiązania, a nie doprowadzenia męża, żeby przyznał się do winy, wyraził skruchę i się zmienił.

- Musi być absolutnie jasne, że zmienić coś musicie obydwoje. Masz własne pomysły, jednak in-

teresują cię samopoczucie męża w związku i jego potrzeby oraz wspólne zastanowienie się, jak można je zaspokoić, tak by koszt obydwojga był podobny, czyli żeby zaproponować kompromis. Inna kwestia, czy ten kompromis jest realny - ale jeśli potraficie rozmawiać z takiej pozycji, pogadacie o innym rozwiązaniu, gdyby to się nie sprawdziło.

- Dobrze robi podkreślenie, co w waszym małżeństwie układało się i układa dobrze, jakie są jego plusy i wasze wspólne osiągnięcia.

To pomaga budować nadzieję, że i w przyszłości będzie to możliwe.

Jeśli to takie proste, dlaczego tak rzadko się udaje? Ano dlatego, że w ludzkiej naturze leży traktowanie takiej rozmowy jako okazji do wyrzucenia z siebie złości. Rozładowujemy emocje, a nie słuchamy, nie próbujemy się porozumieć.

W sumie można powiedzieć, że ważne jest nastawienie na rozwiązanie problemu, a nie na poszukiwanie potwierdzenia własnej racji, zadośćuczynienia, odegrania się czy odreagowania emocji. Bo wtedy druga strona zaczyna się bronić, często przez atak, i zamiast sojuszu mamy wojnę. A przecież nie o to chodzi. Dlatego kolejną wskazówką jest uczciwe przeanalizowanie swoich motywów przed początkiem takiej zasadniczej rozmowy.

Nigdy za mało powtarzania banalnego zalecenia: czas i miejsce muszą być sprzyjające (żeby nikt nie przeszkadzał, zwłaszcza dziecko, żeby nie odbywało się to w czasie dużych napięć w pracy ani

przeziębienia, nie na pusty żołądek itp.).

Może najbardziej sprzyja rozmowom i w ogóle powrotom do siebie urlop tylko we dwoje? Ala traktowała ten pomysł raczej jako marzenie niż jako realną możliwość, a ja myślę, że to jedyny ze zdroworozsądkowych sposobów, który warto rekomendować. Aczkolwiek pod warunkiem pamiętania o wskazówkach dotyczących rozmowy. Wspólny wyjazd przede wszystkim uwalnia od ciśnienia bieżącej sytuacji, co niekiedy samo przez się zwiększa zdolność do życzliwego porozumiewania się. Pozwala też się skoncentrować na sobie nawzajem i przypomnieć dobre uczucia, stwarza dużo lepsze warunki do odświeżenia relacji seksualnych.

Ala się wahała: "A kto się zajmie synkiem? A czy Paweł będzie miał urlop? A czy ja będę mogła odłożyć pracę? (Ala pracuje na zlecenie). A czy mamy dosyć pieniędzy? I w ogóle kto jeździ na urlop o takiej porze roku?". Trochę mnie to zirytowało, chociaż nieraz widziałam taką reakcję: "A gdyby któreś z was było poważnie chore albo miało wypadek? Wszystko dałoby się zorganizować, prawda? Popatrz na to tak: wasze małżeństwo jest chore i trzeba zainwestować w jego uzdrowienie". Niestety, tak jak z chorobą - bez gwarancji, ale wielu parom się udało.

Może się jednak okazać, że sprawy zabrnęły już za daleko i trzeba poszukać psychoterapii. Tego nie ma w popularnym zestawie sposobów ratowania związku. Przed psychoterapią większość ludzi broni się z zaciętością godną lepszej sprawy. Stykam się z tym bezustannie i prawdę mówiąc, nie rozumiem dlaczego. Jest XXI wiek i stereotypy, że "trzeba być czubkiem, żeby iść do psychologa", świadczą o zacofaniu. Wśród Amerykanów, na których lubimy się wzorować, to popularny sposób rozwiązywania trudności. Może dla sprawy tak ważnej jak małżeństwo warto się przełamać i zrobić krok w kierunku nowoczesności? Nawet gdyby miało to być kosztowne i w sensie psychologicznym, i finansowym.

 

Anna Dodziuk

 
następny artykuł »

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy - dodaj swój używając poniższego formularza...


Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )
©2006 MosCom

Musisz się zalogować.





Logowanie

Login

Hasło

Remember me?
Zapomniane hasło?
Załóż konto

Tatusiowe menu

Nasze Forum
Weekendowy Tata
Czy potrzebna jest partia mężczyzn?
 
Czy nasze państwo realnie wspiera równouprawnienie w życiu rodzinnym?
 


Dotacja
  Kwota [PLN]



Ostatnio nadesłane:


24.11.2017.