W Stronę Ojca i no co ty Tato

Polecamy

Zamów nasz biuletyn




Damskim okiem, czyli jak uciekamy przed samotnością
03.07.2007.
ImageKażdy chciałby spotkać osobę, z którą mógłby dożyć spokojnej starości, ale która zawsze byłaby w jego oczach atrakcyjna - to może się zdarzyć tylko w skutek działania najskuteczniejszego afrodyzjaku, jakim jest miłość. Niestety często, ze zmęczenia, ze znudzenia czekaniem i ciągłymi rozczarowaniami, decydujemy się na związek, któremu przyświeca zakodowane głęboko w podświadomości motto ,jakkolwiek i z kimkolwiek” byle nie być samemu...


Jednym z najtrudniejszych zadań w życiu człowieka (szczególnie w określonych jego momentach) jest udzielenie sobie odpowiedzi na pytanie z pozoru bardzo proste: Czy chcę żyć sama/sam, czy z kimś? Oczywiście, większość z nas powie, że z kimś. Jest to dość oczywiste, bo samotność jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą człowieka spotkać i ciężko się z tym nie zgodzić. Chciałabym jednak zastanowić się nad tym, czy lepszy jest toksyczny związek, w jaki możemy wejść, gdy pełni lęku uciekamy przed samotnością, czy owa samotność.


Każdy chciałby spotkać osobę, z którą mógłby dożyć spokojnej starości. Ale też takiej, która jednocześnie, zawsze byłaby w jego oczach atrakcyjna. To może się zdarzyć tylko w skutek działania najskuteczniejszego afrodyzjaku jakim jest miłość. Niestety często ze zmęczenia lub znudzenia czekaniem i ciągłymi rozczarowaniami, decydujemy się na związek, któremu przyświeca zakodowane głęboko w podświadomości motto ,jakkolwiek i z kimkolwiek” byle nie być samemu...


Trwając w nim, nawet chwilami czujemy się szczęśliwi. Wydaje nam się, że jak mamy koło kogo siedzieć, to już nie jesteśmy samotni – więc cel został osiągnięty, skoro właśnie przed tym uciekamy – z pozoru. Niestety w tej kwestii, pozorne osiągnięcie celu wcale nie daje oczekiwanego efektu (ale to okazuje się dopiero w przyszłości).


I tak na przykład, kobieta rezygnuje z szukania mężczyzny, na którego tyle lat czekała i w innym związku robi dobrą minę do złej gry.

A jak wiele potrafi sobie wytłumaczyć... Nagle jej uwaga nie skupia się na tym jak jest, ale na bezustannym racjonalizowaniu - w myśl zasady „zniosę wszystko byle go nie stracić”.

Zawsze chciała mężczyzny, który będzie tylko z nią. Znosi jednak jego niewierność, tłumacząc ją sobie słabością partnera, no a poza tym to chyba dobrze, że jest atrakcyjny także dla innych kobiet...

Chciała związku partnerskiego, a jedyną „współpracą” jaką dostrzega w obecnym, to momenty, gdy on łaskawie przyjmuje to, co ona mu daje...

Zawsze marzyła o dzieciach, ale „na szczęście” on jej uświadomił (bo dotąd nie zdawała sobie sprawy) ile one kosztują. No więc nie będą mieli dzieci, bo „to się nie opłaca”....

Była (i nawet jest nadal) wrogiem kłamstwa, ale on to co innego – jego kłamstwa ją wzruszają. Przecież on to robi tylko po to, żeby jej nie zranić...


I tak trwają razem latami, nazywając przyzwyczajenie – uczuciem a desperacką ucieczkę przed samotnością – miłością. Jeśli, dwoje takich ludzi odpowiednio się odnajdzie, to naprawdę może być bardzo skuteczne placebo.


Zastanawiam się, co jest bardziej ryzykowne: czekanie na osobę, którą naprawdę pokochamy, czy wzięcie tego, którego los nam podsuwa, bo nie wiadomo kiedy pojawi się następna „okazja”. A co jeśli się nie pojawi...


To zadziwiające jak wiele człowiek potrafi znieść, aby tylko nie czuć się samotnym (nawet gdy dalej nim jest spotykając się z kimś). Wiem to z własnego doświadczenia.


Człowiek tak bardzo zatraca się w toksycznych lub patologicznych układach, że w pewnym momencie nie poznaje siebie. Bo wszystko, co robi zaprzecza temu w co wierzy i czego chce. To już jest dychotomia, która może okazać się niebezpieczna w przyszłości. Na przykład, co w sytuacji, gdy partner odejdzie? Zostaje tylko nasze ciało i gonitwa myśli, bo siebie już dawno straciliśmy. Ze swoich planów, marzeń i oczekiwań wylaliśmy fundament pod „związek”, na którym dalej druga osoba mogła budować co chciała. Czyli po takim rozstaniu, musimy dogrzebać się do tego fundamentu, aby odzyskać, znaleźć siebie. Żeby to zrobić, musimy pozwolić partnerowi zabrać z sobą wszystko, co na tym fundamencie zostało zbudowane...


Czy naprawdę warto tracić czas, marzenia, plany, poczucie własnej wartości dla człowieka, którego nie kochamy? Do którego, gdy mówimy „kocham cię”, to myślimy „boję się że będę sama...”

Przecież najdrobniejszy gest ma zupełnie inne znaczenie w zależności od uczucia: na przykład gotowanie: gotując dla mężczyzny, którego kobieta kocha, nie myśli o tym, że jest zmęczona, ale o przyjemności jaką mu zrobi, gdy on wróci z pracy. Natomiast robienie tego samego dla kogoś, kogo nie kocha, wcześniej czy później stanie się dla niej frustrującym obowiązkiem... I tak jest niestety ze wszystkim...


W takim razie po czym poznać, czy to, co nas łączy, to naprawdę miłość czy przyzwyczajenie - pułapka konsekwencji pt „skoro już tyle ze sobą jesteśmy...”

Według mnie przyzwyczajenie to: stagnacja i spokój, ciągła przewidywalność, brak spontaniczności, monotonia tłumaczona jako „dojrzałość związku”...

A miłość?  To poczucie bezpieczeństwa, ale również pasja, namiętność, umiejętność ciągłego odkrywania się na nowo. To tęsknota za osoba, a nie bierna świadomość, że i tak ją wieczorem zobaczę. To chęć usłyszenia głosu, reakcja na zapach, radość z wywołania uśmiechu na jej twarzy i milczenia - kiedy trzeba. To po prostu ciągłe bycie ze sobą i przypominanie sobie czemu jest się właśnie z tą osobą, a nie z inną.

Taki przewlekły, emocjonalny orgazm.

Oczywiście długo się nad tym pracuje, zanim się to osiągnie. Ale warto i cały czas można udoskonalać to wspólnie – a to przecież chodzi, bo:

wspólny cel w związku to wspólna droga!


Jak czesto mówimy lub słyszymy zdania typu „naprawdę nie wiem dlaczego z nią/nim jestem” lub „nie mam pojęcia czemu jej/jemu na to pozwalam”...

Widząc problem zachowujemy się tak, jakby nie było już odwrotu. A przecież ta obecna sytuacja jest tylko konsekwencją naszej decyzji!


Zapominamy, że wchodząc w taki, czy inny związek, nie zostaliśmy ubezwłasnowolnieni – nadal możemy dokonywać wyborów i podejmować nowe decyzje, nawet te skrajnie różniące się od poprzednich.

Nawet jeśli się przyzwyczailiśmy,

nawet jeśli nauczyliśmy się zadowalać czymkolwiek.

Kiedy jest nam źle, powinniśmy umieć się wycofać. To nie jest wyrok, ale wybór!

Ile razy zgadzamy się dawać „ostatnią szansę partnerowi, który nas okłamał, zranił czy zdradził... A zdarza się, iż tkwimy w chorym związku miesiącami, a nawet latami. I nigdy przez ten okres nie dajemy tej szansy sobie!

Nie wiedzieć czemu, uznajemy, że sam związek lub partner jest więcej wart od nas samych – a przecież to już samo w sobie jest chore... Jeżeli sami pozbawiamy się wartości to nie liczmy na to, ze inni dostrzegą w nas to, czego sami nie widzimy!


To wszystko jest tylko zewnętrznym objawem wewnętrznego założenia, że „ja istnieję dopóki jest związek, a gdy on się skończy – ze mną będzie to samo...


Niestety, nie podam tutaj żadnej uniwersalnej recepty, jakie wyjście jest lepsze, bo sama wciąż szukam odpowiedzi na to pytanie. Ale chciałabym, żeby jak najwięcej osób, będących w takich, czy innych związkach było w nim świadomie i pamiętało, że jest to dobrowolne z ich strony, że to ich ciągły wybór! Nie chcę potępiać związków czy małżeństw „z rozsądku”, ale szczególnie kobiety winny zdawać sobie sprawę, że nie zawsze „zamiast” jest dobrym rozwiązaniem, bo nie wiemy co będzie dalej. Osobiście uważam, że bycie wolnym nie jest bardziej frustrujące od odkrycia że jest się (lub było) z nikim...


{mos_sb_discuss:14}

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy - dodaj swój używając poniższego formularza...


Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )
©2006 MosCom

Musisz się zalogować.





Logowanie

Login

Hasło

Remember me?
Zapomniane hasło?
Załóż konto

Tatusiowe menu

Nasze Forum
Weekendowy Tata
Czy potrzebna jest partia mężczyzn?
 
Czy nasze państwo realnie wspiera równouprawnienie w życiu rodzinnym?
 


Dotacja
  Kwota [PLN]



Ostatnio nadesłane:


24.11.2017.