W Stronę Ojca i no co ty Tato

Polecamy

Zamów nasz biuletyn




Zbyt wiele im tłumaczymy, a za mało z nimi rozmawiamy.
03.05.2007.
Dzieci muszą mieć jasno określone granice: to wolno, a tego nie, teraz robimy to, a potem tamto itd. W prostych sprawach porządkowych nie powinno się z nimi dyskutować, wystarczy polecenie. Moja znajoma od dwudziestu lat prowadzi prywatne przedszkole i widzi niekorzystną zmianę. Dzisiejsze dzieci mają nawyk kwestionowania nawet najprostszych poleceń, choćby tego, że mają umyć ręce przed obiadem czy włożyć kurtkę przed wyjściem na spacer. Jej zdaniem trzeba umieć odróżnić "dlaczego?" wynikające z ciekawości świata od takiego "dlaczego?", które prowokuje niekończące się pasmo wyjaśnień, przez co zwyczajne czynności ogromnie się komplikują i nie ma już czasu na nic innego.
Image



Co więc ma zrobić mama, jeśli chce zabrać z piaskownicy dziecko, które wcale nie ma na to ochoty?


Można to rozegrać inaczej. Wcześniej uprzedzić dziecko, że niedługo trzeba będzie iść, i w odpowiedniej chwili oznajmić: - No to składamy zabawki i idziemy. Dziecko z początku będzie protestowało, ale potem się podporządkuje i uspokoi. Kiedy podsunęłam ten pomysł owej mamie, z początku odniosła się do niego nieufne, bo w jej odczuciu byłaby to przemoc wobec dziecka. Po jakimś czasie przyszła jednak do mnie i przyznała, że rada odniosła skutek.


Dzieci muszą mieć jasno określone granice: to wolno, a tego nie, teraz robimy to, a potem tamto itd. W prostych sprawach porządkowych nie powinno się z nimi dyskutować, wystarczy polecenie. Moja znajoma od dwudziestu lat prowadzi prywatne przedszkole i widzi niekorzystną zmianę. Dzisiejsze dzieci mają nawyk kwestionowania nawet najprostszych poleceń, choćby tego, że mają umyć ręce przed obiadem czy włożyć kurtkę przed wyjściem na spacer. Jej zdaniem trzeba umieć odróżnić "dlaczego?" wynikające z ciekawości świata od takiego "dlaczego?", które prowokuje niekończące się pasmo wyjaśnień, przez co zwyczajne czynności ogromnie się komplikują i nie ma już czasu na nic innego.


W wielu sprawach rodzice muszą po prostu decydować za dziecko. Nie trzeba się tego bać. Inaczej dochodzi do takich absurdów, jak z pewnym trzylatkiem, którego rodzice pytali mnie, jak mają go przekonać do mycia zębów. W takich sprawach nie chodzi o kolejne dobre argumenty, raczej już potrzebna jest odrobina pomysłowości.


Z czym jeszcze rodzice mają kłopot?


Wiele niepotrzebnych spięć bierze się stąd, że dorośli nie zdają sobie sprawy z psychicznej odrębności dwu-, trzylatka. Nie wiedzą na przykład, że ma on inną percepcję czasu. Rodzice pewnego dwuipółlatka zapowiedzieli mu, że za parę miesięcy całą rodzinę czeka wspaniała podróż do egzotycznego kraju. Potem dziecko ciągle się dopytywało, kiedy to będzie, codziennie, co godzinę, nie mogli już tego wytrzymać. Małe dziecko żyje chwilą, tu i teraz. Dorośli często niepotrzebnie wyrywają je z teraźniejszości.


Być może zarówno tłumaczenie dziecku, jak i wtajemniczanie go w odległe plany bierze się z przekonania, że należy mu się partnerskie traktowanie?


Ależ to absurd uważać, że dziecko dwu-, trzy-, pięcioletnie jest partnerem. Do czego? Do życia tak, ale nie do współdecydowania. Oczywiście należy mu się szacunek, trzeba go wysłuchać, trzeba pamiętać, że nie jest naszą własnością; nie wolno go łamać ani stosować wobec niego przemocy. Jestem jednak za tym, by w wychowaniu dziecka kierować się przede wszystkim zdrowym rozsądkiem. Takie niby-partnerskie rozmawianie świadczy też o przecenianiu roli racjonalności, rozumu w wychowaniu. Zresztą paradoksalnie jest często podszyte przymusem ("Już my go przekonamy, żeby zrobił to, o co nam chodzi").


Jeśli chodzi o ramy dopuszczalnego zachowania, dziecko bardzo potrzebuje jasności. Nie musi natomiast rozumieć wszystkich powodów naszych poleceń, nakazów i zakazów. Ba, czuje się pewniej, jeśli w tej dziedzinie wszystko toczy się naturalnym trybem - tak po prostu jest i już.


Czy to dotyczy także dzieci w wieku szkolnym?


Nawet w przypadku siedmio-, ośmiolatka jest cały szereg spraw, w których rodzice sami podejmują decyzje i nie muszą ich uzasadniać. W wielu domach punktem zapalnym jest odrabianie lekcji. Kiedy dziecko idzie do szkoły, to właśnie na rodzicach spoczywa obowiązek wdrożenia go do tej czynności. Trzeba wyznaczyć stałą, niezbyt późną porę odrabiania lekcji, porozmawiać o tym z dzieckiem na początku roku, a potem trzymać się tego, żeby wytworzył się pewien codzienny rytuał. Ale nie ma potrzeby, by cokolwiek tu uzasadniać. Za przesadną argumentacją kryje się często niepewność samych rodziców.


Co innego ze starszymi dziećmi. W rozmowie z dziesięciolatkiem argumenty są potrzebne. Ale podkreślam, że chodzi o rozmowy, a nie prawienie kazań. Dzieci mają nam tyle ciekawych rzeczy do powiedzenia! Nie sposób przecenić wagi słuchania w rozmowach z nastolatkami, które tak często są przez nas pouczane, strofowane. Dziecko mówi na przykład: "Wiecie, że w mojej klasie wszyscy już próbowali narkotyków". Rodzice wpadają najczęściej w panikę i wygłaszają kazanie, zamiast zacząć od pytania: "A co ty o tym sądzisz?". I dziecko zostaje samo ze swoimi myślami i uczuciami. Nie daliśmy mu szansy, żeby je wyraziło i uporządkowało, a sobie - żeby dowiedzieć się czegoś o własnym dziecku.

Z dr Barbarą Smolińską, psychologiem i psychoterapeutką, rozmawiała Magda Rodak

Czytaj całość w gazeta.pl
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy - dodaj swój używając poniższego formularza...


Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )
©2006 MosCom

Musisz się zalogować.





Logowanie

Login

Hasło

Remember me?
Zapomniane hasło?
Załóż konto

Tatusiowe menu

Nasze Forum
Weekendowy Tata
Czy potrzebna jest partia mężczyzn?
 
Czy nasze państwo realnie wspiera równouprawnienie w życiu rodzinnym?
 


Dotacja
  Kwota [PLN]



Ostatnio nadesłane:


21.11.2017.