W Stronę Ojca i no co ty Tato
Kocham mojego Synka. Czy to przestępstwo?
18.10.2013.

Jestem ojcem wspaniałego chłopca, którego kocham nad życie. Ma niecałe 3 lata.

Zaczęło się klasycznie – ja i kobieta, która wydawała się być partnerką na dobre i na złe. W niedługim czasie szczęśliwym zrządzeniem losu urodził się Synek, nasze największe szczęście. Jednak nasza wspólna idylla nie trwała zbyt długo.

Na początku tego roku (2013) matka dziecka poinformowała mnie, że: "Nie kocham Cię, odchodzę do innego, zabieram Ci dziecko". To wszystko. Próbowałem walczyć o – ja mi się wydawało – moją rodzinę, jednak nie sposób było na nią wpłynąć. Sytuacja była tym dziwniejsza, że nie było między nami żadnych szczególnych problemów. Zauważała to i najbliższa rodzina i dalsi znajomi. Okazało się jednak, że była to intryga zaplanowana z „chirurgiczną precyzją”, mająca na celu odcięcie zbędnego elementu – ojca – i zamienienie go w źródło dochodów – bankomat wypłacający alimenty.

Pół roku wcześniej podjęliśmy wspólnie decyzję żeby wyremontować nasze mieszkanie. W tym celu zaciągnąłem olbrzymią pożyczkę. Dodatkowo, na jej prośbę, spłaciłem jej długi. Przez dwa i pół roku będę spłacał „jej kredyt” po 450 zł miesięcznie. Na dziecko zostaje mi około 300 zł. Po prostu nie mam skąd wziąć więcej. Wtedy myślałem, że robię to dla dobra rodziny...


Podczas mojej nieobecności, wyprowadziła się, uprowadzając również naszego Synka, z naszego domu do mieszkania, w którym pomieszkuje ze swoim nowym konkubentem. Od tego czasu moje życie stało się horrorem.

Zaczęła się batalia o ustalenie miejsca zamieszkania naszego Synka. Sam proces trwał niecałe 5min. Nie rozumiem jak to jest, że cała najbliższa rodzina – ojciec, babcia ze strony matki, babcia ze strony ojca, siostra matki i inni – zgodnie twierdzą, że to ja zapewnię lepsze wychowanie mojemu Synkowi, a Sąd i tak wie lepiej. Napisałem w tej kwestii zażalenie do postanowienia wytykając szereg nieścisłości i jawnych kłamstw, na wszystkie moje twierdzenia dołączając pełną dokumentację. Po dwóch miesiącach nie wiadomo nawet było, kiedy cokolwiek w sprawie się ruszy.

Obecnie mam poważne problemy finansowe. Kiedy matka mojego dziecka prosiła, żebym spłacił jej dług, zdeklarowała, że znajdzie pracę i będzie pomagać mi spłacać jej zobowiązanie. Pomogła najlepiej jak się dało – zażądała alimentów w wysokości 1000 zł. Przez dwa lata, kiedy mieszkaliśmy razem, byłem jedynym żywicielem rodziny i wiem najlepiej ile kosztuje utrzymanie naszego Synka, oparte o uzasadnione potrzeby – około 400-600 zł miesięcznie. Czy ktoś w ogóle czytał moje wyjaśnienia? Sprawdzał, weryfikował, oceniał? Dla Sądu to prawdopodobnie zwykła makulatura, która idzie na przemiał. Posiedzenie trwało ok 10min, nic z niego nie wynikło, sprawa została odroczona.

Mijają kolejne miesiące, sytuacja jest coraz gorsza. Widuję Synka raz na dwa tygodnie. W czasie wakacji, z powodu kaprysu matki, nie mogłem spędzić z Synkiem ani dnia mimo, że miałem dwa tygodnie urlopu i przeznaczyłem je wyłącznie dla Niego. Jakim prawem, skoro nie zapadło jeszcze żadne postanowienie, nie jestem obciążony żadnym prawomocnym wyrokiem, matka nie ma mi nic do zarzucenia w kwestii opieki nad naszym Synkiem? Jakim prawem ogranicza mi kontakt z dzieckiem i dyktuje swoje warunki, na które muszę się godzić, bo inaczej w ogóle go nie zobaczę? Jakim prawem traktuje naszego Synka jako zakładnika? Sama jest bezrobotna i ma może przebywać z Synkiem stale, podczas gdy ja pracuję zawodowo i jestem dyspozycyjny w 100% tylko w weekendy. Zawsze z utęsknieniem czekam na każdy kolejny weekend bo to czas, kiedy być może zobaczę się z Synkiem...

Kogo obchodzą opinie psychologów, którzy alarmują, że dziecko powinno mieć równy kontakt z obojgiem rodziców, jak i kontakt z najbliższa rodziną? Co z tego, że kocham moje dziecko bezgranicznie i jestem w stanie zrobić dla niego wszystko, skoro jego życie zależy tylko od jednej osoby? Co z moimi prawami gwarantowanymi mi przez konstytucje? W jaki sposób mam wpływać na wychowanie mojego Synka, skoro moja rola została zredukowana do minimum?

Mój przypadek przez adwokatów, z którymi miałem okazję rozmawiać, jest określany jako standard. Historii podobnych do mojej są tysiące, łączy je wspólny mianownik – nasze dzieci. Nie potrafię się pogodzić z tym, że Sądy Rodzinne zamiast walczyć z patologią społeczną, jaką stały się „pseudo matki”, aprobują, a czasem wręcz prowokują ich działania. W efekcie rozpadają się rodziny, a koszty rozpadu – zarówno społeczne jak i materialne – spadają przede wszystkim na ojców i dzieci. Czyżby „równa władza rodzicielska” czy „prawa ojca” to były jakieś abstrakcyjne pojęcia? „Z urzędu” jesteśmy traktowani jak przestępcy! A jedyne „przestępstwo”, jakie popełniliśmy to to, że chcemy być ojcami naszych dzieci i że je kochamy…

To jedna z historii, jakie otrzymaliśmy na adres Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć . Będziemy sukcesywnie publikować nadsyłane historie. Każdy może do nas napisać. Więcej informacji można znaleźć we wpisie Opowiemy Twoją historię! Zapraszamy do współpracy!

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

komentarze

Jeszcze nie ma komentarzy - dodaj swój używając poniższego formularza...


Strona 1 z 0 ( 0 komentarze )
©2006 MosCom

Musisz się zalogować.





Logowanie

Login

Hasło

Remember me?
Zapomniane hasło?
Załóż konto

Tatusiowe menu

Nasze Forum
Weekendowy Tata
Czy nasze państwo realnie wspiera równouprawnienie w życiu rodzinnym?
 


Dotacja
  Kwota [PLN]



Ostatnio nadesłane:


24.11.2017.